Macierzyństwo i poczucie winy

Macierzyństwo i poczucie winy

To jest taki stan, w którym matki bezustannie się odnajdują. Powodów są tysiące. Bo urodziły nie dość dobrze, za długo, przez cesarskie cięcie, bo karmiły zbyt długo, albo zbyt krótko, butelką zamiast piersią. Albo karmiły gotowym jedzeniem ze słoiczków, zamiast eko-warzywami przyniesionymi z eko-bazarku. Nie gotują dziecku co rano jaglanki albo owsianki. Jeśli wróciły do pracy szybko po porodzie to źle – zaburzają naturalną i najważniejszą w życiu więź, jeśli zdecydowały, że pierwsze lata spędzą z dzieckiem w domu to też źle – nie dokładają się do budżetu, a przy tym przekazują dziecku wzór bierności zawodowej. Powodem do poczucia winy może być bałagan w domu, bo jak można wychowywać dziecko w takich warunkach, a także nadmierny porządek, przecież dziecko nie ma szans budować odporności w tak sterylnym otoczeniu. Ale największą przyczyną wyrzutów sumienia są „błędy wychowawcze” – nakrzyczałam, siłą wsadziłam dziecko do fotelika, za mało spędzam czasu, zakazałam, nie wysłuchałam, nie nauczyłam, nie dopilnowałam.

Skąd się to bierze?

Duże „zasługi” na rzecz budowania poczucia winy u matek mają psychiatrzy i psycholodzy, którzy przez lata utrzymywali, że największy wpływ na powstawanie zaburzeń psychicznych ma środowisko. Bardzo wiele, tłumaczono wpływem relacji między matką, a dzieckiem. Np. za autyzm miała odpowiadać matka oziębła, a za schizofrenię matka labilna emocjonalnie, która na zmianę odpycha i przyciąga dziecko. Żadne badania nie potwierdziły tych rewelacji. Oczywiście jako rodzice mamy wpływ na to, kim będzie nasze dziecko, ale wpływ ten mają także geny i dalsze środowisko (szkoła, rówieśnicy). Poczucie winy wzmacniają też portale i fora dla rodziców, sto różnych, często sprzecznych teorii na temat wychowania dzieci, sąsiadki, babcie, teściowe, koleżanki, położne, lekarze i wszyscy inni, którzy wiedzą lepiej.

Co z tym zrobić?

Myślę, że najważniejsze to uświadomić sobie, że nie uda nam się wychować dzieci, nie popełniając błędów. I dobrze, bo wyobraźmy sobie jakie to byłoby okropne wzrastać z kimś kto nie popełnia żadnych błędów. Wtedy każda porażka oznaczałaby koniec świata. A tak dziecko patrząc na nas, dowiaduje się, że można powiedzieć przepraszam, naprawić zepsute, usłyszeć nieusłyszane i żyć dalej. Wychowawcze porażki to okazja do rozwoju, próbowania wciąż nowych sposobów komunikacji i postępowania. Motywacja do poszerzania swojej wiedzy na temat drugiego i siebie, swoich możliwości i ograniczeń.

Co jeszcze mogą zrobić matki?

Bierzmy przykład z ojców, tych najlepszych  – mało z nich ma problem z tym, że karmi dziecko makaronem z gotowym sosem, tarza się z nim po podłodze zasypanej zabawkami, pracuje do późna, wyjeżdża w delegację. Mają z dziećmi bliską, mocną więź i nie mają pomysłu aby być idealnymi ojcami.

Odpuśćmy innym matkom, to nie konkurs, to życie. Zaoferujmy pomoc jeśli widzimy, że jest potrzebna.
Z wdzięcznością wspominam panią, która w supermarkecie zabawiła mojego wychodzącego z wózka sklepowego synka, żebym mogła w spokoju zapłacić i zapakować zakupy, pomogło mi to o wiele bardziej niż „niech pani uważa, bo wypadnie”, powtarzane przez innych życzliwych. Dobre rady zachowajmy dla siebie, chyba że ktoś wyraźnie o nie poprosi. Przyznawajmy się publicznie do bycia nieidealnymi –  a nuż ktoś się zainspiruje.

Na zakończenie – oddychaj mamo.

Oddychaj.
Twoje dzieci cię potrzebują.
Nie idealnej. Ciebie.
Z twoimi niepokojami.
Z twoimi wpadkami.
Z twoimi porażkami.
Z twoimi ponownymi próbami.
Z twoją miłością.
Z tym, że się pojawiasz.
To właśnie się liczy.
Oddychaj, droga mamo.
(tekst ze strony http://findingjoy.net/)

Zdjęcie Noah Hinton/Unsplash

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *