Wspierać samodzielność dziecka

Wspierać samodzielność dziecka

W ostatnich Wysokich Obcasach (WO nr 4/916), przeczytałam wywiad z trzydziestodwuletnią dziewczyną, Elą Madej, przedsiębiorczynią, ekspertką od technologii i biznesów internetowych, robiącą błyskotliwą karierę w Dolinie Krzemowej. W wywiadzie opowiadała między innymi o tym, jak rodzice pomogli jej osiągnąć zawodowy sukces.
Nie, nie dali jej miliona na start, nie zapewnili super wypasionych korepetycji, po prostu wychowali ją na samodzielnego człowieka, ufając w jej umiejętności i zdolność radzenia sobie. Cytuję fragment, który szczególnie mi się podoba: „z drugiej strony ufnego, twardego wychowania, zawsze był obecny tata, który stał za naszymi plecami i równie cierpliwie wspierał nasze plany i młodzieńcze bunty”. Szczególnie zachwyca mnie to sformułowanie – wspierał plany i bunty. Ela chodziła do bardzo dobrego, ale publicznego liceum (LO nr V w Krakowie), angielski szlifowała podczas studenckiej wymiany w ramach programu Erasmus. Jest wdzięczna za to wychowanie, choć przecież na pierwszy rzut oka, rodzice nie robili nic niezwykłego.

Wychowanie dzieci na samodzielnych ludzi jest jednym z moich osobistych rodzicielskich celów. Dwa dni temu wrzuciłam na mojego Facebooka obrazek o tym, że na samodzielność trzeba po prostu pozwolić tu. Obrazek prosty, przesłanie również ale przecież jeśli dobrze przemyśleć sprawę, „pozwolić” nie jest takie proste dla rodzica, który kocha swoje dziecko i chce aby zawsze było zdrowe i bezpieczne. Pozwolić, to także nie wszystko, zacznę więc od początku.

Bezpieczna więź jako podstawa.

Bezpieczna więź to taka, w której dziecko może zwrócić się do rodzica z każdym problemem ponieważ wie, że zawsze zostanie potraktowane poważnie. Nawet jeśli z perspektywy rodzica ten problem nie wydaje się poważny (rączka, która odparła ludzikowi lego, za długa kreska na obrazku, mikro zadrapanie). Ostatnio na wykładzie w szkole psychoterapii usłyszałam bardzo trafną metaforę – bezpieczna więź jest jak lina asekuracyjna podczas wspinaczki. Wspinając się z zabezpieczeniem, nie boimy się eksplorować nowych ścieżek, stawiamy stopy pewnie, wchodzimy naprawdę wysoko, ponieważ wiemy, że jest ktoś komu w pełni ufamy i czyją rolą jest złapanie nas, jeśli jakiś kamień okaże się zbyt śliski. Aby stworzyć bezpieczną więź reaguj na potrzeby dziecka i podążaj za nimi, zapewnij bliskość, także tą fizyczną, akceptuj jego emocje (więcej o zwracaniu uwagi na emocje dziecka pisałam tydzień temu tu). Bezpieczne przywiązanie, to jest temat na osobny wpis, który na pewno w przyszłości zamieszczę.

Cierpliwość rodzica.

Dzieci naturalnie dążą do samodzielności i kiedy próbują zrobić coś same, rodzic musi uzbroić się w cierpliwość. Wiadomo, że dorosłemu zapinanie płaszczyka zajmie 10 sekund, a trzylatkowi 10 minut, ale za to kiedy mu się uda, zyska poczucie sprawczości, będzie wiedział, że potrafi i może. Obserwując dziecko podczas zabawy można zauważyć, że nie zniechęca się niepowodzeniem, wielokrotnie próbuje włożyć klocek do sortera, dosięgnąć ulubioną zabawkę, włożyć palec nogi do buzi. Powtarzanie, próbowanie od nowa, jest sposobem na uczenie się, sprawdzaniem siebie w działaniu, oraz odkrywaniem tego jak skonstruowany jest świat. Cierpliwość jest potrzebna rodzicowi także wtedy, kiedy coś się rozleje, wysypie, albo stłucze. Tak się dzieje, ucząc się, popełniamy błędy. No, może na wszelki wypadek zabytkowy serwis po babci odłóżmy na najwyższą półkę.

Zaufać dziecku i innym dorosłym.

Mocno wierzę, że moje dzieci sobie poradzą, a jeśli coś będzie dla nich za trudne, powiedzą mi o tym. Dlatego daję im szansę by spróbowały swoich sił podczas różnorodnych zajęć. Porażka to podstawa uczenia się – brak nagrody w konkursie czy przegrana rywalizacja na zajęciach sportowych powodują smutek i złość, który trzeba pomóc dziecku przeżyć, ale nie mogą być powodem aby przestać próbować. Zaufanie dziecku, jego możliwościom i umiejętnościom nie jest łatwe. Pamiętam, że z niepokojem podchodziłam do różnych zmian w życiu dzieci – pożegnanie ze smoczkiem, samodzielne spanie w swoim pokoju, pierwszy dzień w przedszkolu, samodzielny powrót ze szkoły – zawsze okazywało, że dzieci świetnie sobie radzą. W „wypuszczeniu dzieci w świat” pomogło mi zaufanie innym dorosłym. Jeśli rodzice ufają pani w przedszkolu, dziecko również jej zaufa i zwróci się do niej o pomoc i bliskość, kiedy będzie tego potrzebować. Czy wierzysz, że Twoje dziecko może być szczęśliwe poza domem, bez Ciebie, z nianią, babcią, ciocią, wujkiem, w przedszkolu, szkole? Ja tak i wiem, że są.

Okiełznać własny strach.

Dla mnie jest to najtrudniejsze wyzwanie. Najłatwiej bowiem jest zabronić – nie możesz skakać z tej drabinki, zejdź natychmiast z tego drzewa, odłóż ten nóż, ja pokroję, uważaj, ostrożnie. Być może coś ze mną nie tak, ale oczyma wyobraźni widzę jak moje dziecko jest porywane, wjeżdża rowerem pod samochód, łamie sobie ręce lub nogi spadając z wysokości, wbiega na ulicę, topi się w jeziorze, przecina sobie tętnicę próbując zrobić kanapkę. No dobra, z tym ostatnim, to żartowałam. Przyjmuję te myśli, akceptuję że są i codziennie pracuję nad tym, aby nie obciążać nimi moich synów. Pomaga mi świadomość, że jak do tej pory moje dzieci jeździły hulajnogą, rowerem, na nartach, zdarzało im się wybiec na ulicę*, wspinały się na drzewa, kąpały się w jeziorze, wchodziły do strumienia, skakały z murków, schodów, sprzętów na placach zabaw, nawet nocowały ze mną w górach pod namiotem, bez bieżącej wody oraz prądu i nic, zupełnie nic im się nie stało. Pomaga mi wspomnienie mojego dzieciństwa na wsi, całych dni spędzonych na dworze, biegania z innymi dziećmi, swobodnych zabaw w sadach i na podwórkach,  tak mam na dłoniach kilka blizn, a mój brat złamał palec, ale ostatecznie przeżyliśmy w zdrowiu. Pomaga mi zaufanie do moich dzieci – wierzę, że wiedzą na ile ich stać i co potrafią, znają reguły zachowania się w różnych miejscach i sytuacjach. Pomaga mi też wybieganie myślą naprzód i wyobrażanie sobie synów, jako mężczyzn. Uświadomienie sobie, że jeśli chcę aby byli dojrzałymi dorosłymi, nie mogę ich trzymać w pułapce moich lęków. To wszystko sprawia, że zgadzam się aby moje dzieci uczyły się na własnych doświadczeniach, ufam im i wspieram ich dążenia, po protu „pozwalam”.

* Mój czterolatek ostatnio nie zaczekał na mnie w korytarzu tylko wyszedł sam na ulicę Bronowicką i złapałam go przed światłami. Wyszedł bo chciał się poślizgać na chodniku. Zgroza.

Zdjęcie: Myles Tan/Unsplash

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *