Rodzicielstwo bliskości z osobistej perspetywy

Rodzicielstwo bliskości z osobistej perspetywy

Zastanawiałam się czy w ogóle pisać o tym nurcie, co mogę wnieść nowego, skoro są całe strony i portale poświęcone rodzicielstwu bliskości i różnym koncepcjom, które się w nim mieszczą. Uznałam jednak, że skoro mam plan aby przedstawić różne podejścia wychowawcze, nie sposób pominąć tego tematu. Rodzicielstwo bliskości nie jest metodą ani zbiorem metod, a raczej pewną filozofią, czy stylem bycia z dzieckiem, skoncentrowanym na budowaniu bezpiecznej i trwałej więzi. Jest mi bardzo blisko do tego podejścia, chociaż w pewnym momencie życie wymusiło na mnie bardziej krytyczne spojrzenie na ten nurt, a może raczej na dogmatyzm, niektórych jego „wyznawców”. Pomyślałam więc, że może zamiast pisać o teoretycznych podstawach, podzielę się moją historią relacji z rodzicielstwem bliskości.

Kiedy urodziłam pierwsze dziecko, polegałam prawie wyłącznie na tym co podpowiadał mi zdrowy rozsądek i serce. Owszem, chodziłam do szkoły rodzenia, coś tam czytałam w Internecie, a ze studiów zostały mi notatki z psychologii rozwojowej. Kiedy syn miał trzy miesiące dostałam od bliskiej mi osoby radę – wprowadź mu rytm snu – to ważne, aby dziecko miało regularne drzemki. Próbowałam wprowadzić ten rytm cały dzień, bujając i nosząc w porach planowanych „drzemek” ale bez rezultatu, po czym moje dziecko wykończone tym działaniem, zasnęło na sześć godzin. Wtedy załamana zadzwoniłam do mojej starszej siostry, która urodziła nieco wcześniej ode mnie. To była bardzo ważna rozmowa o tym, że rytmy i dobre rady są bez sensu, przecież jako matka, intuicyjnie wiem i czuję, jakie są potrzeby mojego dziecka. Zaczęłam czytać o rodzicielstwie bliskości, (przeczytałam między innymi książkę Jean Liedloff „W głębi kontinuum”) i zachwyciłam się – karmiłam piersią na żądanie i dopóki moje dziecko samo się nie odstawiło, nosiłam w chuście, a potem w nosidle ergonomicznym, po pierwszym nocnym karmieniu syn zostawał z nami w łóżku do rana. Rodzicielstwo bliskości wydało mi się naturalne i stworzone dla mnie – wygodnej matki, której nie chce się wprowadzać rytmów, reguł i uczyć samodzielnego spania. Wiedziałam, że chcę z dziećmi budować bliską więź, opartą na szacunku i zrozumieniu. Realizowałam wszystkie filary rodzicielstwa bliskości wymienione przez twórców nurtu, Williama i Marty Searsów: bądź blisko od porodu, karm piersią, noś dziecko przy sobie, śpij przy dziecku, słuchaj płaczu swojego dziecka, pamiętaj o równowadze i wyznaczaniu granic, strzeż się trenerów dzieci.

I pewnie tak samo by było przy drugim dziecku gdyby nie to, że wysiadł mi kręgosłup i nie mogłam nosić tak często, jakbym chciała. To co robiłam wówczas zawodowo, było dla mnie na tyle ważne, że kiedy młodszy syn miał cztery miesiące, zaczęłam pracować 12 godzin tygodniowo, a że odciąganie pokarmu nie szło mi świetnie, jeden posiłek zastąpiłam kaszką. Po kolejnych czterech miesiącach wróciłam do pracy na pół etatu. Pozostały czas dzieliłam między dwójkę dzieci, co nie zawsze było proste, kiedy starszy syn zachorował i zbijałam mu 40-stopniową gorączkę, to młodszy wył w łóżeczku głodny i pozbawiony „odżywczego” dotyku. Nie widziałam dla siebie rozgrzeszenia czytając dyskusje rodziców bliskości, czy artykuły na popularnym portalu piszącym o tym, że dzieci są ważne. Mój młodszy syn często chorował, łatwo było mi o poczucie winy – na pewno szkodzę mu, nie realizując na 100% założonych ideałów. I choć wiedziałam, że w podstawach tego nurtu, jest także dbanie o siebie i równowagę w życiu, to między testami na alergię, pracą, wizytami u laryngologa, pediatry i spacerami na plac zabaw, nijak nie mogłam złapać potrzebnego balansu…

To doświadczenie doprowadziło mnie do konkluzji, że nie ma takiego nurtu, który można przyjąć za swój, który można realizować w pełni. Musiałam na nowo przemyśleć, jaką matką chcę być i co jest dla mnie istotne. W końcu zrozumiałam, że w rodzinie dzieci są ważne, ale rodzice także są ważni. Mogę być konsekwentnie wrażliwa na potrzeby synów, być dostępna fizycznie i emocjonalnie, ale nie 24 godziny na dobę. I że nasza więź nie ucierpi, kiedy zadbam o swoje potrzeby, nawet jeśli będzie się to wiązało z chwilową dziecięcą frustracją. Otworzyłam się na nowe nurty i dowiedziałam się, że życie rodzica może być łatwiejsze, co wcale nie wyklucza szacunku dla dziecka oraz wrażliwości na jego potrzeby. Być może odkryłabym to wcześniej, gdyby „Księgę Rodzicielstwa Bliskości” Searsów, wydano w Polsce, zanim urodziłam swoje dzieci. Ale wierzę, że ta droga była mi potrzebna. Myślę, że jest mi teraz łatwiej zrozumieć inne matki, zmagające się z poczuciem winy, wątpiące, karmiące piersią, karmiące butelką, noszące i wożące w wózku. Widzę rodzicielstwo jako ścieżkę rozwoju, lepszą niż niejeden „kołczing”. Każdy ma swoją, wyjątkową, żadna nie jest lepsza.

Zdjęcie: Jordan Whitt/Unsplash

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *