O demokracji w rodzinie

O demokracji w rodzinie

Sobotnie południe, piękna pogoda, prawdziwy początek wiosny, marzy mi się wypad do którejś z podkrakowskich dolinek, z mojej miejscowości to naprawdę blisko. Mąż przychyla się do planów, jednak przekonanie całej rodziny idzie bardzo powoli. Starszy syn w piżamie, gra od rana na komputerze i wcale nie chce przerywać. Młodszy zdjął piżamę ale nie w głowie mu ubieranie się, biega goły po całym mieszkaniu. Pakuję do plecaka przekąski, wodę, zarządzam wyjście z domu. Dzieci choć z oporami, w końcu się ubierają. Wychodzenie trwało jakąś godzinę i nie obyło się bez sporów, za to 15 minut później jest już cudownie, chłopcy walczą na kije, skaczą przez strumienie, biegają po jurajskich ścieżkach, słuchamy śpiewu ptaków i szumu strumienia. Rozmawiamy, śmiejemy się, mąż wymyśla dziwne historie o zwierzętach. Wracamy po kilku godzinach zmęczeni i bardzo zadowoleni.

Czy moje dzieci chciały jechać na wycieczkę? – Nie, a przynajmniej nie w tamtym momencie.

Czy tego potrzebowały? – Tak, potrzebowały ruchu, świeżego powietrza i radosnego kontaktu ze sobą i rodzicami.

Właśnie dlatego u mnie w domu nie ma demokracji rozumianej jako wola większości. Jestem bowiem przekonana, że dzieci chociaż wiedzą czego chcą – LEGO mindstorms, playmobil wyspę piratów, ciastek czekoladowych na śniadanie, porysować ścianę flamastrem, zjeść lody na kolację, jeszcze jedną i jeszcze jedną bajkę – to jednak nie zawsze wiedzą czego naprawdę potrzebują.

Władza to odpowiedzialność i akceptowanie trudnych emocji dziecka

Rodzice często są zdziwieni i zmieszani, kiedy im mówię – to Wy macie władzę w domu. Wiem, że dzieci potrafią bardzo głośno domagać się spełnienia zachcianek. Jest to bardzo trudne przeżycie, kiedy kilkulatek zalewa się łzami, krzyczy, wyraźnie cierpi z powodu Twojej odmowy. Wyobraź sobie jednak, że w pracy na polecenie szefa, żeby wyłączyć Facebooka i brać się do roboty, zaczynasz płakać, wrzeszczeć, albo odwlekać powrót do obowiązków – jeszcze 10 minut, jeszcze tylko ten filmik ze śmiesznym kotkiem, jeszcze tylko złożę koleżance życzenia urodzinowe. Nawet zakładając że masz bardzo wyrozumiałego przełożonego, zapewne czekałyby Cię problemy. Kiedyś poznałam mamę, która codziennie godzinę wychodziła z dwuletnią córką ze żłobka, bojąc się „naruszać jej integralność”. Była w tej sytuacji nieszczęśliwa i bezradna, ale bała się wymagać od dziecka innego zachowania. Władza dorosłego to odpowiedzialność – za to, że nie zawsze nasze dziecko będzie zadowolone i radosne. Oczywiście naszym celem nie jest sprawianie dzieciom bólu – ale musimy się z tym pogodzić, że nie będzie ono w każdym przypadku zadowolone z naszych decyzji, czy chodzi tu o kolejną bajkę przed śniadaniem, czy bycie zapiętym w samochodowym foteliku. Kochamy nasze dzieci, więc chcemy im przychylić nieba, usunąć każdy pyłek sprzed nóg, jednak starając się wyeliminować z ich życia wszelkie konflikty i dyskomfort, wychowamy je na egocentryków, mających problem z nawiązywaniem relacji. Dbanie o integralność dziecka to odpowiedzialność za własne uczucia i decyzje, szacunek dla dziecięcych uczuć i myśli – ale nie oddawanie przywództwa dziecku.

Dlaczego daję?

Nie ma nic złego w spełnianiu dziecięcych marzeń oraz zachcianek, także tych materialnych – tak samo jak czasami spełniamy swoje. Zanim jednak kupimy kolejną zabawkę, wymyślimy super atrakcyjny weekend z kinem i mega-lodami, zastanówmy się na czym nam zależy. Czy dajemy bo chcemy być za wszelką cenę lubiani przez dzieci? Czy boimy się konfliktu spowodowanego odmową? Czy chcemy dziecko „przekupić”? A może nasze doświadczenia z dzieciństwa, kiedy to wszystkiego nam odmawiali sprawiają, że teraz chcemy wszystko dać naszym dzieciom. Jeśli odpowiemy sobie na te pytania mamy dużą szansę, że nasze dawanie będzie wynikać z prawdziwej miłości – chęci wspólnego spędzenia czasu w fajny sposób, czy sprawienia drugiej osobie przyjemności. Inaczej czeka nas eskalacja żądań, a w końcu konflikty – dziecko nie potrzebuje kolejnych rzeczy, chce czuć że jest naprawdę kochane.

Zainteresowanie, ciekawość, otwartość i dzielenie się odpowiedzialnością 

Czy tego chcemy, czy nie – jako rodzice mamy pełną władzę nad naszymi dziećmi. Są od nas zależne prawnie, ekonomicznie i psychicznie. Władza to jednak nie dyktatura. Jesteśmy odpowiedzialni za to jak używamy naszej przewagi nad dziećmi i jak wygląda życie rodziny – czy potrzeby wszystkich jej członków są uwzględniane, jakie relacje panują między rodzicami, a dziećmi. Jeśli okazujemy naszym dzieciom prawdziwe zainteresowanie, szanujemy ich myśli i uczucia, jeśli nie krytykujemy ich opinii, tylko staramy się zrozumieć, dzieci chętnie podejmą część odpowiedzialności. Będzie to prawdziwe i szczere, nie dlatego, że „mama kazała” czy „tata kazał”. Nie powiem Ci jak ma wyglądać to w Twoim domu, bo każdy ma inne dziecko, zachęcam Cię jednak do dawania jak największej odpowiedzialności swoim dzieciom w sprawach ich tyczących. Moje dzieci lat 4 i 8, decydują w co się ubrać, co jedzą (z produktów dostępnych w domu), ile jedzą i o której godzinie (kontrolujemy tylko ilość i jakość zjadanych słodyczy), co czytamy wieczorem, starszy syn decyduje kiedy odrabia lekcje (czasami pomagamy mu zdecydować czy odrabia, bo wspólnie zdecydowaliśmy że nie wszystkie zadania musi odrabiać), na jakie zajęcia dodatkowe chce chodzić, na co wydaje kieszonkowe. Decydują o tym z kim chcą się przyjaźnić i jak chcą obchodzić urodziny. Pomagali nam podjąć decyzję co do przedszkola (ocena jak się podobało po kilku dniach próbnych) i co do szkoły (po dniach otwartych oraz rozmowa o plusach i minusach okolicznych szkół). W sprawach dotyczących całej rodziny rozmawiamy z nimi biorąc pod uwagę ich przemyślenia i uczucia, ale wszyscy mają jasność co do tego, do kogo należy ostateczna decyzja. Być może nie zawsze zgadzają się z naszymi postanowieniami, nie wszystkie rozumieją, ale wiem, że czują się z tym bezpiecznie – mają rodziców, którym nie muszą przewodzić. Wiem, że opisywana przeze mnie równowaga jest chwilowa, jak wszystko w wychowywaniu dzieci. Jeszcze nie wiem co zrobimy, gdy będą chcieli wstąpić do jakiejś organizacji, jechać na festiwal, zrobić tatuaż, czy przekłuć nos. Na szczęście jeszcze nie muszę wiedzieć. Ale cieszę się na te wyzwania. Lubię takie rodzinne przygody.

Zdjęcie: Danielle MacInnes/Unsplash

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *